Z Phnom Penh wyjechalismy autobusem o 8.30 rano i po raz pierwszy dojechalismy do celu podrozy przed czasem! Wow! Do tej pory zawsze zaliczalismy opoznienia :/
Hostel mielismy wstepnie zarezerwowany w Phnom Penh wiec na "dworcu" czekal tuk-tuk, ktory od razu nas zawiozl na miejsce. Po krotkich pertraktacjach cenowych dogadalismy sie z kierowca tuk-tuka na 3 dni jazdy po swiatyniach Angkor i do zwiedzania przystapilismy z marszu - godzine po przyjezdzie do Siem Reap.
W planie byl zachod slonca ogladany z Phnom Bakheng - no i byloby fajnie gdyby nie pora deszczowa :) Niestety po dotarciu na miejsce w ciagu 30 minut zaczelo dosyc konkretnie padac i tylko zmoklismy - no ale to tez jakies doswiadczenie. Zmoknac na Phnom Bakheng to nie to samo co zmoknac na Bloniach w Krakowie ;)
Po doprowadzeniu sie do stanu uzywalnosci zaliczylismy jeszcze pyszne khmerskie jedzenie na targu Psar Chaa a potem kilka Angkorow na Bar Street.
Generalnie Siem Reap bardzo nam przypomina Playa del Carmen z zeszlorocznych wojazy. Bardzo "turytyczne" miejsce - sporo dobrych hoteli, sklepow. Night Market oswietlony niczym Schaffhausen przed Bozym Narodzeniem. Podsumowujac - niefajnie :)
Znowu zejde troche z tematu tego odcinka - w Laosie w koncu spotaklismy wlasciciela hostelu z Pakse - no i w rzeczy samej mowi swietnie po Polsku. Pogadalismy troche o tym i o owym. Zupelnie niesamowite spotkanie.
Ale jeszcze lepsze spotkanie zaliczylismy w drodze z Phnom Penh do Siem Reap. Pisalem jakis tydzien temu o Austriakach, z ktorymi sie zgadalismy z Vientiane. Oni lecieli prosto do Siem Reap a my jeszcze zatrzymywalismy sie po drodze w Pakse i Phnom P. I ni z gruchy ni z pietruchy spotaklismy ich w polowie drogi miedzy P.Penh a S.Reap tyle, ze jechalismy w przeciwnych kierunkach :) Bylo to bardziej dziwne niz zeszloroczne spotkanie dwoch Niemcow, ktorych poznalismy w San Cristobal w Meksyku, a po ilustam dniach wpadlismy na siebie w hostelu w Belize na jednej z wysp :)